Trudno oprzeć się urokowi tej świątyni. Trudno po wejściu do niej nie rozkoszować się bogatym wnętrzem. Trudno zapomnieć o kościele na Wzgórzu Przemysła.
Konkuruje z nim chyba jedynie poznańska Fara. Franciszkanie mają jednak przewagę. Sąsiadem był i może będzie królewski zamek, a położenie nie skazywało go przez lata na kolejne powodzie.
Długo czekali
Zanim jednak ktokolwiek pomyślał o budowie świątyni w pobliżu królewskiego przybytku trzeba było poczekać na Franciszkanów, a tym wcale jakoś nie było śpieszno do grodu Przemysława. Zakon miał się dobrze w Wielkopolsce. Działał tu od XIII wieku, zaś braciszkowie byli lubiani i poważani. Jednak dopiero w XVII wieku biskup Andrzej Szołderski wyraził wolę przyjęcia franciszkanów w Poznaniu. Stało się to w 1639 roku. Wtedy bracia zakonni założyli hospicjum, a siedem lat później w pobliżu Grobli stanął pierwszy drewniany kościółek i klasztor. Nie był to jednak czas pokoju i jak pokazała historia a przede wszystkim Szwedzi drewno było krucha materią. Całośc spłonęła podczas nomen omen ,,potopu’’ Ale nie ma tego złego co by na dobre… więc już krótko po tym fakcie franciszkanie ulokowali się w Miasteczku w pobliżu kościoła św. Rocha. Tam tez zaczął się kult obrazu który z czasem zyskał miano ,,W cudy wielmożnej Pani Poznania’’ i symbole 12 ozdrowień zanotowanych w protokołach Komisji Biskupiej.
Po pomoc do Matki
Gdy kult obrazu zaczął się szerzyć a uzdrowienia stały się niemal codziennością zaczęto w Poznaniu jeszcze przychylniej zerkać na braciszków od Franciszka. Aspiracje zakonu zostały zaspokojone w 1664 roku. Dzięki staraniom Ojca Wojciecha Zawadzkiego władze zezwoliły na budowę kościoła tuz przy wzgórzu Przemysła. Był to jednak dopiero początek długiej drogi bowiem z przerwami na kolejne wojenne kataklizmy klasztor i kocioł budowały się do… 1757 roku. Wcześniej, bo w 1713 roku przeniesiono tu słynący cudami obraz. W 1730 roku odbyła się konsekracja kościoła.
Bracia i ich dzieło
Było warto tak długo budować o czym może się przekonać każdy odwiedzający wnętrza świątyni. Ogromna w tym zasługa braci Swachów Adama i Antoniego.
Niezwykle zdolni artyści zadbali o bogactwo wnętrz jakiego próżno szukać w innych poznańskich świątyniach. Stiuki, polichromie, przepiękny ołtarz główny, rokokowe ławy – to wszystko robi ogromne wrażanie. Kiedy kilka lat temu przy okazji konserwacji ołtarza Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej Pani Poznania trafiono na prace swachów historycy byli zachwyceni. Oniemieli gdy okazało się, że postacie na obrazach zostały w XIX wieku przemalowane jako zbyt wyzywające. Uczynił to kiepski rzemieślnik zakrywając malunkami to co stworzyli artyści.
Raz Polacy, a raz Niemcy
Zakon na dobre osiadł w Poznaniu dzieląc jego historię. Trudne lata dla braciszków od Franciszka nastały w XIX wieku. Prusacy rozwiązując kolejne zakony dokonali kasacji Franciszkanów. Stało się to w 1832 roku. Kościół przejęto najpierw na magazyn a później we władanie objęli go niemieccy katolicy. Klasztor rozebrano. Braci przepędzono. I tak do końca zaborów. Dopiero w latach 20. minionego stulecia uporządkowano kościelne i klasztorne sprawy i doprowadzono świątynie do porządku. W 1939 przyszli Niemcy. Kościół znów trafił do nich. Na pięć lat. Po ich upływie zajęli go Polacy i oby na zawsze. Pierwszym powojennym gwardianem został Ojciec Dominik Bednarz. Znów odnawiano i budowano, a ostatnie prace prowadzone u schyłku XX wieku dodały świątyni jeszcze krzty blasku przez co świątynia Franciszka na wzgórzu śmiało zwać można jedna z perełek poznańskiej architektury.



